nawyk życia w kłamstwie i zaowocowało rozpowszechnieniem niszczącej więzi zbiorowej tolerancji wobec .

- To musi być albo bardzo cenne, albo bardzo niebezpieczne - powiedział Ron.. -I co? - spytał z szalonym napięciem, - I nic. Ale jakby nie miał nasadki i podpierał się gołym dziobem, to już by chyba te koła były z głowy. Ja tam nie wiem, ale coś mi się to wydało podejrzane... Pawełkowi nagle roziskrzyły się oczy. W głowie zaświtał mu pomysł. Niejasny, mglisty, nie-sprecyzowany, właściwie był to tylko rozmazany zarys pomysłu, ale jednak zaświtał. Milczał jeszcze przez chwilę. -I kto to był, ten gość z parasolem?. Pozór obojętnie. Dorota przynosiła mu jedzenie do pokoju. Chmielewski stał w szczerym polu. Dookoła jak okiem sięgnąć ciągnęły się podmokłe pola. Za nim na wzniesieniu stały zabudowania gospodarstwa rolnego. Mury z czerwonej cegły podtrzymywały zapadający się do wnętrza dach. Świeżo prana bielizna suszyła się w ogrodzie. Chmielewski zatoczył ręką szeroki łuk, wskazując na puste pola. - Panowie. Dwieście kilometrów autostrady, sieć stacji benzynowych, nowoczesne parkingi, serwisy. Cała Skandynawia będzie tędy jeździć. I to jest to. A co, pan mi mówi, że się nie da? Zirytowany Chmielewski obrócił się do trójki mężczyzn idących jego śladem. - Jako inżynier mówię, że się nie da - podjął temat inżynier Bukowski, szczupły, o sportowej sylwetce mężczyzna po czterdziestce. Należał do ludzi widzących najpierw problemy, a potem pieniądze. Nie posiadał w sobie za grosz entuzjazmu do czegokolwiek. Ciągnąc dalej narzekania spojrzał na swoich dwóch kolegów stojących po bokach. - Tej wsi nie ominiemy. Tu są łąki, a tam bagna, aż do Miedzeszyna. Za miękki grunt. Stojący obok Kucharski był cynikiem i wszystkie pomysły Chmielewskiego dla zasady wyśmiewał, a przynajmniej lekceważył. - Ksiądz chłopom zabronił ziemię sprzedawać - dzielił się swoją wiedzą. - Pewno chce opchnąć ten poniemiecki cmentarz pięć razy drożej. Chmielewski czasami miał dość swoich wspólników, ale prawdę mówiąc na innych w promieniu dwustu kilometrów nie mógł liczyć. Byli bezwolni, senni, ale przynajmniej wykształceni. - Dlaczego to się tak wlecze? - wycedził poirytowany. Ręce mu opadły, zgarbił się. Ostatnie słowa wypowiedział już do siebie. Trzecim mężczyzną stojącym na przeciw Chmielewskiego był prokurator Wielewski. Siwy pan o uśmiechu bazyliszka. Chmielewski podszedł do niego dwa kroki i ściszonym głosem, żeby pozostali nie słyszeli, spytał: - Co z koncesją? Prokurator jakby czekał na to pytanie. - Potrzebny jest tylko jeden podpis. Ostatni. Faceta, który mi niczego nie odmówi: potrącenie na pasach i ucieczka z miejsca wypadku. - Ile chcesz? - beznamiętnie zapytał Chmielewski. - Mam swoje lata. No i wiesz, ten napad na bank. W każdej chwili mogą mnie zwolnić. Chcę wejść w autostradę jako udziałowiec. Chmielewski aż poczerwieniał z wściekłości, ale być może to tylko poranne słońce rzucało taki ciepły kolor na jego policzki. - Za jeden podpis, bez forsy? - wycedził przez zęby. Prokurator nawet nie spojrzał na Chmielewskiego. Bawił się trzymanym w palcach patykiem. Patrzył w stronę zrujnowanego gospodarstwa. - Ten podpis możesz mieć nawet jutro. Albo wcale - spokojnie odparł. Uśmiechnął się serdecznie do Chmielewskiego. Chmielewski odpowiedział mu tym samym. Każdy z nich miał w tym momencie własny pomysł na załatwienie tej sprawy, z goła odmienny od partnera. Od strony gospodarstwa usłyszeli wołanie: - Marzena, Marzena, co z tą wodą? Pośpiesz się! Prokurator spojrzał w stronę studni. Chmielewski obrócił się całym ciałem w tę samą stronę. Młoda dziewczyna niosła dwa wiadra pełne wody. Mogła mieć dziewiętnaście lat. Szła boso. Krótka, prosta sukienka kończyła się wysoko na odsłoniętych udach. Spleciony jasny warkocz sięgał jej prawie do pośladków. Odwróciła głowę i mrużąc oczy przyglądała im się z daleka. Miała regularne rysy twarzy, brzoskwiniową cerę, ciemne brwi. Czterech starszych mężczyzn stojących na tle Mercedesa, nie wzbudziło jej zainteresowania. Odwróciła od nich głowę i weszła na podwórko. Chmielewski poczuł się pięćdziesięcioletnim facetem, który będąc najbogatszym człowiekiem na Pomorzu w jednej chwili stał się życiowym bankrutem. Poczuł, jak życie przecieka mu przez palce. Za plecami Chmielewskiego stanął Bukowski. Z satysfakcją uśmiechnął się do swoich myśli patrząc na Chmielewskiego. - Obawiam się, że ta ziemia nie jest na sprzedaż. Chmielewski był jednak innego zdania.. . . 161. To zaszczyt dla mnie, Bob. Podziwiam pański talent.. Benedyktynów, z opactwa SaintGeraud, wyszedł Gerbert, przyszły Sylwester II. Biedniejszy w czasach nowożytnych od Owernii, a równie słabo zaludniony, był tylko północnozachodni skraj Masywu Centralnego, ziemia Limuzyńczyków, no i Burgundia. Wszystko to przed tysiącem lat rozkwitało bujnie i chędogo; z żywotów świętych męczenników, które cytuje Charles Lelong w swym "Życiu codziennym w Galii Merowingów", wiemy, że w Limousin "wody płyną tysiącami rowków z lubą obfitością, mieszkańcy bowiem czynią sobie zabawę z doprowadzania wszędzie wody. O Akwitanii i Novempopulanu (rejon Carcasonne) "każdemu wiadomo, że (. . . ) cały kraj pełen jest winnic, zdobią go roześmiane łąki, pokrywają uprawne pola, zarastają drzewa owocowe, ocieniają gaje, zwilżają źródła, pokrywają plony (tłum. E. Bąkowska). To znowu niemal obraz raju. Dawna Burgundia została zaś samodzielnym państwem, przez długie wieki uprawiała politykę niezależną od Paryża, a nawet wrogą. to Burgundczycy pod władzą swoich Kapetyngów sprzedadzą kiedyś Anglikom Joannę d'Arc. Kulturę zachowało -południe dzisiejszej Francji, z silnymi pozostałościami wpływów rzymskich, z ówczesną Akwitanią na czele, zamożną, w pojęciu tych prostaków z północy, z ówczesnej Francji - bogatą aż do.

Kategorie

Dodane

Losowe:

Najlepsze: