Niepobudzona część nadal będzie drzemać w nieświadomości. .
Wiedziona jakąś nadzieją - wyrwała jej z rąk kopertę, wydobyła gęsto zapisany arkusz i pokryty stemplami blankiet. Przebiegła wzrokiem linijki listu, po czym - ku zdumieniu Kaźmierza -zarzuciła mu ramiona na szyję i jęła wykrzykiwać: "Jedziemy do Ameryki"! Podsunęła przed oczy zaskoczonego dziadka oficjalne zaproszenie dla Karguli i Pawlaków. Teraz Zenek nie będzie miał już nic do powiedzenia! - Oczadziała czy jak? - Pawlak patrzył na wnuczkę jakby była niespełna rozumu.. Teligentny. Błyskotliwa inteligencja pozwalała mu radzić sobie z naj-. Milczącym, ale wyraźnym, poparciu całej sali. Odpowiedź. Dla jednych będzie to typ urody - wtedy ktoś z boku może na przykład zauważyć, że kolejne dziewczyny Grzesia są do siebie dosyć podobne, zawsze blondynki bez biustu, o ostrych rysach i długim nosie. Innych najmocniej pociąga sposób poruszania się albo głos. I podobno wszystkich - zapach, którego zwykle w ogóle nie jesteśmy świadomi. A więc paradoksalnie: jakaś dziewczyna może zadręczać się tym, że ma grube nogi, gdy tymczasem dla mężczyzny jej życia w wyniku określonego uwarunkowania erotycznego pociągające są wyłącznie kobiety z grubymi nogami. W sprawie nóg, jak też innych rzekomo niewybaczalnych felerów urody, polecam wszystkim opowiadanie Witolda Gombrowicza ze zbioru "Bakakaj" zatytułowane "Na kuchennych schodach" (Witold Gombrowicz "Bakakaj", W: "Dzieła" t. I, Wydawnictwo Literackie Kraków - Wrocław 1986). W skrócie: jego bohatera, nieskończenie eleganckiego pana, wysoko postawionego urzędnika Ministerstwa Spraw Zagranicznych latami fascynują nogi sług do wszystkiego, grube i pokraczne jak słupy, o potwornie rozklapanych stopach. Marzy o nich i podgląda je ukradkiem, a z obrzydzeniem myśli o nogach własnej żony, "giętkich jak liana, długich, cienkich w pęcinie". Podsumowanie można zrobić banalne: jeśli chodzi o atrakcyjność zewnętrzną, nie to ładne, co ładne, a co się komu podoba.. Wyciąga szyję, lewa powieka zaczyna mu drgać nerwowo. Wygląda. - Dobrze - szepnęła Chantal. Przez moment słuchała zacinającego w szyby deszczu. A więc tak właśnie wygląda koniec. Bez wielkiego huku, jak to mówią poeci. Priem miał rację. Trzeba było pomyśleć o Hortensji. Wszystko wymknęło się jej z rąk i nie było żadnego odwrotu. Co gorsza, wcale nie chciała uciec. W końcu, największą ironią losu było, że prywatnie Max Priem był jak Craig Osbourne, a Craig Osbourne jak Max Priem. Więc... odetchnęła pełną piersią i zaczęła zmieniać ubranie. Jakby we śnie, oparta na ramieniu Priema, płynęła po wielkich schodach do głównego hallu. Uprzejmie skłoniła się mijającemu ich oficerowi. Ku zdumieniu Priema, roześmiała się głośno. Mocniej ścisnął ją za rękę. - Nic ci nie dolega?.
Kategorie
Dodane
- Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd.
.
- A wziąłem! Wisiała obok katarynki! .
myśli marksistowskiej z pęt dogmatyzmu... .
trzon wraz z dnem i część odźwiernikową wraz z odźwiernikiem. Żołądek posiada powierzchnię przednią i tylną, brzeg górny zwany krzywizną mniejszą i brzeg dolny czyli krzywiznę większą. Przejście przełyku w wpust leży na poziomie 11 kręgu piersiowego, przejście odźwiernika w dwunastnicę na poziomie pierwszego kręgu lędźwiowego. Żołądek jamy brzusznej w podżebrzu lewym, częściowo w nadbrzuszu. Ściana przednia przylega częściowo do przedniej ściany brzucha, częściowo jest przykryta przez lewy płat wątroby. Ściana tylna jest zwrócona do przestrzeni otrzewnowej zwanej torbą sieciową. Jest to wąska przestrzeń, która oddziela żołądek od narządów leżących na tylnej ścianie jamy brzusznej, tj. od trzustki, lewej nerki, lewego nadnercza, oraz od śledziony położonej pod przeponą najbardziej na lewo. Dno żołądka leży najwyżej, sąsiaduje przez przeponę z workiem osierdziowym i sercem. Ściana żołądka jest zbudowana z błony śluzowej, podśluzowej, mięsnej i surowiczej. Błona śluzowa posiada liczne fałdy, które wygładzają się w miarę napełniania żołądka pokarmem. Błona śluzowa posiada liczne gruczoły zwane gruczołami żołądkowymi właściwymi i gruczołami odźwiernikowymi. Ich wydzielina tworzy sok żołądkowy zawierający kwas solny i enzym pepsynę. Błona podśluzowa oddziela błonę śluzową od warstwy mięsnej, jej obecność umożliwia fałdowanie się błony śluzowej. Błona mięsna składa się z trzech warstw mięśni gładkich. Warstwa zewnętrzna jest podłużna, następna posiada włókna o układzie okrężnym, który w części odźwiernikowej tworzą zwieracz odźwiernika, warstwa wewnętrzna posiada włókna skośne, jest ona najsłabiej wykształcona. Na zewnątrz żołądek jest okryty błoną surowiczą, która schodzi z niego na otoczenie tworząc więzadła otrzewnowe. Do krzywizny mniejszej żołądka dochodzi sieć mniejsza złożona z podwójnej blaszki otrzewnowej tworzącej trzy więzadła. Są to: .
- Ja również. Gdy zabrzmiała muzyka, chwycił ją mocno za nadgarstek i objął w talii. Cały czas szczerzył zęby w uśmiechu, napawając się swoją chwilową przewagą. Wiedział, że dopóki płyta się nie skończy, niewiele mogła zrobić. - Przy naszym ostatnim spotkaniu - odezwał się - powiedziała mi pani, że żaden ze mnie dżentelmen. Muszę więc poprawić swoje maniery. Roześmiał się, jakby powiedział coś bardzo zabawnego. Zauważyła, że miał już dobrze w czubie. Muzyka dobiegła końca. Zatrzymali się przy otwartych drzwiach tarasu i Reichslinger wypchnął ją na zewnątrz. - Wystarczy już tego - rzekła. .
Losowe:
- Janusz z westchnieniem wstał i wyszedł. Przez chwilę była cisza i nagle drzwi za mną gwałtownie trzasnęły. Odwróciłam się. .
- - Jasne jak plecy anioła - potwierdził ochoczo Zenek. .
- - Ach, to pamiątka z polowania na pumy. Widzicie, strzeliłem... Ozwało się pukanie do drzwi. .
- Frankowie przebąkiwali wtedy o swym języku jako - być może -trzecim językiem liturgicznym chrześcijaństwa, nie byli przecież bardziej dzielni od Rzymian! Karol Wielki, doprawdy niezrównany przez całe stulecia pionier oświaty, interesował się rozwojem języka swoich Franków, a pamiętajmy, że było to jedno tylko z plemion niemieckich. I choć Karol popierał małżeństwa mieszane, prawa plemienne jeszcze w blisko sto lat później zakazywały Frankowi ożenić się z Bawarką czy też Saksonką! Otton I wywodził się z dynastii książąt saskich, ludzi pod każdym względem w państwie frankońskim - nowych; owa mniszkapoetka z Gandersheim musiała z dumą podkreślać, że Bóg przeniósł "szlachetne królestwo Franków na "sławne plemię Sasów". Ojciec Ottona, Henryk I, zwany później Ptasznikiem, odmówił wręcz poddania się namaszczeniu i koronowaniu się w kościele; jak przypuszczał Benedykt Zientara, nie w smak było mu paść na twarz przed ołtarzem. Do mnie bardziej przemawia inna w tej sprawie sugestia Zientary: Henryk zauważył prawdopodobnie, że magia kościelnego pomazania w niczym nie pomogła jego poprzednikowi z roku Karolingów, stąd i Henryk bardziej ufał potędze ukrytej w starogermańskich kudłach swego owłosienia i brodzie. Dopiero Otton, w stroju frankijskim, da się w stolicy Karola Wielkiego, Akwizgranie, w jego katedrze, na jego kamiennym tronie, namaścić i ukoronować jak władca frankijski -jednakże przy zmienionym już rytuale. . . I Otton nie przeoczy żadnej okazji, by podbudować swą pozycję. Korona cesarza .
- ostrzem. .
- - Dzwonił sierżant Henderson, sir. Wygląda na to, że Joe Edge właśnie wyciągnął go z łóżka, żeby przygotował junkersa do startu. Powiedział, że to niespodziewany lot bojowy. - Lot bojowy? Co za lot bojowy? .
- - Ciekawe, co pomyślałby car Mikołaj, gdyby zobaczył swego zięcia? - pytał swojego drużbę. .
- - Nie - odpowiedziałem gapiąc się na nielicznych przechodniów. - A dzieci? .
- Dom Czarnego jak zwykle jasno oświetlony, jak latarnia z daleka naprowadzał przyjezdnych pod bramę. Tym razem nie było ochroniarza, a uchylone skrzydło kraty pozwalało bez przeszkód wjechać na parking pod domem. Robert postawił motocykl na nóżkach i zdjął kask. Jeep z żółtą plandeką na dachu stał obok żółtej Corvetty. Samochody były pootwierane, a kluczyki wisiały w stacyjkach, co nie było niczym dziwnym, ponieważ kradzież spalonej zapałki z tej posesji byłaby aktem samobójczym. Zwyczajem tego domu były kolacje na które zapraszano mamę Cichego. Urocza kobieta obdarzona niezwykłym humorem i kompletnym brakiem poczucia rzeczywistości z zawodu i zamiłowania była malarką. Czarny zakupił nawet jeden z jej obrazów na akcji charytatywnej, z której dochód przeznaczono na pomoc dzieciom niepełnosprawnym. Kupił wtedy kilka obrazów miejscowych malarzy, ale tylko tego jednego nie spalił. Naprawdę polubił w nim pewną tajemnicę. Niby nic. Obraz przedstawiał dziewczynę stojącą między drzewami na skraju jeziora. Intrygujące w nim było to, że dziewczyna spoglądała gdzieś w bok poza ramy obrazu, a jej twarz zdradzała niepokój. Robert wszedł po schodach na korytarz. Świtało a gwar rozmowy docierał z jadalni. Przystanął w półmroku korytarza ukryty za szklaną szafą. W całym domu roiło się od porcelany. W szklanych gablotach stały filiżanki, chińskie wazy, rodzajowe figurki przedstawiające sceny myśliwskie lub pary zakochanych uchwycone w miłosnych pozach. Kolekcja imponująca i warta ciężkie pieniądze. Z jadalni dobiegał kobiecy głos: - Dołóż sobie synku, wystarczy dla wszystkich. No i co dalej chłopcy. Jakie plany? - Mamo - Cichy starał się bronić przed jej czułościami. Odkąd rozstała się z jego ojcem, a było to rok po urodzeniu syna, nie zaznał spokoju. Cała potrzeba ofiarowania miłości przelała się na niego. Na dłuższą metę było to obezwładniające. Nie miał jednak sumienia wyprowadzić się z domu i pozostawić mamy samej sobie. Nadal czuła się potrzebna swemu dziecku. I tak mogło trwać do emerytury, jego oczywiście, bo matki to nie mogło dotyczyć. Była niezniszczalna. - Jakieś studia, co? - rozejrzała się dookoła. Przy stole siedzieli Kobra, Cichy, Skorpion i Biedrona. Czarny stał na werandzie i rozmawiał przez telefon. - Trzeba stanąć na własnych nogach. Pieniążki trzeba zarabiać - tłumaczył Skorpion. - Studia to dzisiaj szkoła zawodowa. My studiujemy życie - dorzucił Kobra wymiatając resztki smażonej ryby z talerza. - Życie towarzyskie na wydziale erotycznym. Zajęcia prowadzi dziekan Waliszewska - dorzucił Skorpion spoglądając na Kobrę. - Dorotka zresztą - dodał Kobra. - Mamo. Dzisiaj trzeba żyć szybko i mocno, póki jest się młodym. Robert stał w cieniu korytarza i słuchał dobiegającej go rozmowy. Przez szczelinę drzwi obserwował stół i biesiadników. - Zwłaszcza młodym i pięknym - szepnął Skorpionowi Biedrona. Obaj spojrzeli na Cichego. - Kto zje rybki? - mama Cichego zwróciła się z otwartym pytaniem. - Ja! - prawie krzyknął Kobra i zanim Biedrona chwycił widelec do ręki, zgarnął ostatnią rybę na swój talerz. - Nasmażyłam, a wy nie jecie - narzekała mama. Robert wszedł do jadalni. Pierwszy dostrzegł go Cichy. Gestem ręki zaprosił do stołu. - Dzień dobry - powiedział ogólnie. - Dzień dobry - odpowiedzieli zgodnym chórem Biedrona i Kobra. - Jak tam Amerykanka - Kobra nie dawał spokoju. - Wyszła z Prymusem, Casanova niech spierdala - bronił go Cichy. - Nie ważne. Dopadnie ją. Mały nie ma szans - powiedział rozbawiony Biedrona. Robert odłożył kask motocyklowy na stolik i siadł obok Cichego. Biedrona podsunął mu kawałek niedojedzonej ryby, ale Robert podziękował. Cichy zignorował złośliwości. Pochylił się do Roberta. -To świetna dziewczyna, nie rezygnuj. Dogadaj się z panienką i jedźcie sobie gdzieś w góry. Jak nie masz forsy to pogadaj z Czarnym, on ci pożyczy. Czarny stał na tarasie i dojadał z talerza rybę. Właśnie zakończył długą rozmowę przez telefon. Wyszedł na taras, żeby nie przeszkadzać przy stole. Teraz stał oparty o słup i wydłubywał smakowite kęsy ze smażonego pstrąga. Robert zadał pytanie i stanął w drzwiach czekając na odpowiedź. W końcu Czarny podniósł na niego wzrok. - Ile? Pięć, dziesięć, sto milionów? I z czego oddasz? - Znajdę jakąś pracę i ci oddam - zapewniał Robert. Czarny pokiwał przecząco głową. - Wyprujesz z siebie flaki, a potem kopną cię w dupę, tak jak twojego starego. Robertowi nabiegły do oczu łzy. Chciał się rzucić na Czarnego z pięściami. Nikt nie miał prawa obrażać jego ojca. To prawda, że wszyscy o nim zapomnieli. Gdy był świetnym sportowcem, drzwi się nie domykały od kolesi i działaczy. To prawda, że na ostatnią operację kolana wydali resztkę oszczędności. Wszyscy się odwrócili. Nie było już dawnego klubu sportowego, nie było związku, nie było prezesów. Pozostali sami, ale dumni. Robert odwrócił się do drzwi i ruszył do wyjścia, ale zawahał się. Czarny wiedział o Robercie więcej niż chciał to ujawnić. Znał jeszcze jeden szczegół z jego życia, o którym na razie nie wspomniał. Nie musiał. Robert nie wyszedł. Po jego ostatnich słowach mógł się obrazić, ale prawda o życiu osłabiała charaktery. - Jest robota. Za duże pieniądze. Jeden dzień pracy i na kilka lat spokój - usłyszał za sobą Robert. - Jeśli naprawdę jesteś inteligentny, to nie będziesz biedny - dodał Czarny. .
- chwastów, jakie pokryły nie uprawione i nie obsiane zagoniki. .